Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 czerwca 2017

NOWA JA

Minęło trochę czasu a ja ciagle tworze ten sam post. Właśnie weszłam w telefon szukając w notatkach konkretnej informacji. I patrzę, ze miałam kiedyś bloga. Ba! Nie jeden, nie dwa. Ale ten był i jest wyjątkowy bo nie tworze go sama.

Co u Ciebie? U mnie wiele sie zmieniło. Przyznaje. Wiele zyskałam i wiele straciłam. Miedzy innymi wagę! Tak tak. Małymi krokami do celu.
W lutym br. byłam w Szkocji po powrocie waga pokazała ponad 80 kg. A dokładnie to 84. Nigdy tyle nie ważyłam i początkowo sięgnęłam po czekoladę. Ale co by mi to dało? 85 ewentualnie.
Postanowiłam wziąć sie w garść! Na dzień dzisiejszy waga pokazuje 69 kg. Do celu zostało mi jeszcze 10 kg. Ale wierze, ze dam rade. Teraz? Jak juz jestem za połowa? Nigdy. Świetnie sie czuje, kupuje to co mi sie podoba a nie to co mnie maskuje. Jest cudownie. Nie przesadziłam w żadna stronę, kocham jeść i nie chodzę głodna! Obiecuje pokazać zdjęcie na mecie 🙂

Zyskałam.. Wiele. Przede wszystkim dalej studiuje! Tak tak, dążę do magisterki z prawa 🙂 miałam moment zwątpienia ale wiele osob je ma! Grunt to do bramki 🙂 .

Zyskałam tez wspaniała przyjaźń. Wyjątkowa i niepowtarzalna. Potrafię z nia przegadać godzinami, wypłakać sie, wyjeździć cała benzynę z baku bez celu, pośmiać sie. Taka właśnie jest moja Kaja ❤️

Ostatnia i kluczowa rzeczą która skłoniła mnie do większej refleksji. Jest rodzina. Co robimy kiedy znajdziemy się miedzy młotem a kowadłem? O czym myślimy i po czyjej stronie stajemy? Życie nauczyło mnie nieraz jak postępować. Przede wszystkim trzeba mieć twarda dupę i w nic sie nie wtrącać. Nie da sie tego łagodniej ująć. Przykro mi. Zawsze znajda sie strony sporne, chcące wywrzeć na Tobie jakieś swoje wrażenie. Grunt mieć swoje zdanie.

Jak jest u mnie? Non stop są spory. Niestety. Wszystko bym oddała zeby było idealnie, zeby w niedziele nie gadać o tym co kto. Żeby się kochać i wspierać. Dlaczego to tak trudne? .. Chcesz miec kontakt ze wszystkimi i wszystkich słuchasz. Ale emocje puszczają kiedy ktoś ma inne zdanie i Twoje? Zastanów sie jaki będzie finał tego konfliktu. Czy warto.
Przyznaje bez bicia ze ja przyjęłam taktykę olej, zapomnij, zmień temat. I mimo, ze nieraz boli i aż wrze we mnie. Ale wiem ze tak będzie lepiej. I staram się o tym nie myśleć.

Jak Wy radzicie sobie w tych kwestiach?

wtorek, 27 grudnia 2016

ŻEGNAJĄC 2016..



Tak. Długa przerwa. Trochę za długa jak na mnie. Zastanawialiście się kiedyś jakby wyglądało Wasze życie gdyby wszystko szło po naszej myśli? Układało się tak jakbyśmy tego chcieli i wszystko by było na wyciągnięcie ręki? No właśnie. Ostatnio dosyć często narzekałam, że czegoś mi brakuje, że ciągle nie wiem czego chce, że na nic nie mam kasy, że oddaliliśmy się od siebie. Doszłam do wniosku, że to w nas samych jest problem. Stwarzamy problemy które siedzą w głowie tylko po to, że mieć o czym myśleć. Co chwile martwi mnie to, że nie mam chęci do nauki, że zaraz jak nie zapłacę kilku rat to mnie wyrzucą ze szkoły. Że są/były święta na które też trzeba było mieć pieniądze. Wszystko przytłacza. Kumuluje się aż do tego momentu, kiedy totalnie wyczerpani opadamy na kanapę i mamy wszystko i wszystkich w dupie. Ale tak, takie chwile też potrzebne. 

Dostałam w końcu biurową pracę. Cieszę się z tego ogromnie. Ale niestety jak to w każdej firmie bywa pojawiają się także problemy. W przeciągu kilku tygodni zwolniło się kilka osób w związku z tym objęłam dwa stanowiska. I nie było w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to , ze pracuje po 10 godzin dziennie i już mam dość. Niby miałam chwile przerwy bo święta bo wcześniej wyszłam. Ale im dłużej tym czuje się coraz bardziej zmęczona. Za chwile mam kilka dni urlopu i później musze ostro przysiąść do nauki. Więc to nie będzie trwało wiecznie. 

Po Wigilii postanowiłam sama dla siebie rzucić sobie wyzwanie. Podniosłam rękawice i podejmuje wyzwanie zrzucenia 20 kilogramów rozsądnie i z głową. Nie narzucam sobie czasu. Przyrzekłam tez sobie, że nie będę się poddawać bo w tydzień nie osiągnęłam efektu. Nie. Zdaje sobie sprawę, że dość pracochłonny proces ale to ma też we mnie budować cierpliwość. Postanowiłam przede wszystkim zrobić to dla siebie. Więc rok 2017 będzie mój!
Nie mogę powiedzieć, że ostatni czas był kolorowy, było kilka takich sytuacji w których czułam złość, niepokój lub po prostu ktoś mnie ranił. W ostatnich tygodniach takich osób było na „pęczki”. Działało to na takiej zasadzie, że chcesz komuś pomóc a jesteś odrzucana lub! I tu ta częstsza wersja – przyjmują pomoc ale na koniec w ramach wdzięczności wbijają Ci nóż w plecy. 

Nie zabrakło też osób które niezmiennie przy mnie są. Wspierają, motywują i pomagają. Pojawiają się nowi przyjaciele i bliskie osoby o których nigdy nie myślałam, że mogę się zaprzyjaźnić. Takie więzi są trwałe i mocno trzymają mnie przy ziemi. Pomagają zapobiegać w zwątpieniu w to co robię albo też potrząsaj mną kiedy trzeba.

Tak więc kochani! Niech rok 2017 będzie nasz! Nie tylko mój ale także Twój! Zobaczysz jaka będziesz z siebie dumna za rok o tej porze jeśli teraz postawisz na siebie! Nie czekaj na nowy rok, na początek który i tak później zmieni się w pomyłkę bo się poddasz, odpuścisz. Zrób to tu i teraz. Jeśli ja potrafe w siebie uwierzyć to jestem pewna, że każdy potrafi. Jeśli tylko chcesz! Nie ma innych wymówek. Powinnyśmy mieć na 1 miejscu zawsze siebie. I to o siebie w pierwszej kolejności zadbać i powalczyć. Oświadczam, że dla mnie rok 2017 to rok przemiany-  i duchowej i wewnętrzne. 

ONA

czwartek, 29 września 2016

JESIENNA CZASOPRZESTRZEŃ

OSTATNI POST PRZED WPADNIĘCIEM W WIR I RUTYNĘ.

Zaraz koniec września i czas do szkoły. Nawet studenci wdychają bo laba się skończyła. W związku z tym, że zdaje sobie sprawę, że czasu będzie mniej niż zwykle na pisanie posta wolę napisać go na zaś. Mimo, że jest Was ciągle mało (a może by tak jakiś konkurs?) ale jak już wspomniałam w jednym z postów bardzo lubię do Was pisać, i porozmawiać sama ze sobą. Niektórzy odbierają październik jako początek jesieni, początek zmian. Należę do takich osób. Jesień to moja ulubiona pora roku. Gdyby nie to, że mam do zrzucenia 20 kg pewnie zmieniłabym jesień na lato. A może i nie ... Nie ważne. W każdym razie ostatnio jak wiecie sporo się pozmieniało. Z dnia na dzień zostawiłam pracę w Lidlu. I nadszedł czas walki o przetrwanie w październiku. Chodzę na rozmowy, nawet po kilka dziennie. Ale zawsze są te dwa tygodnie w których trzeba czekać na odpowiedź, no niestety. Dzisiaj po raz pierwszy pojawiła się iskierka, że coś się zmieni. Że będą finanse, i że będzie to moja praca marzeń. Praca biurowa, ale także oparta na kontakcie z drugim człowiekiem. I nie mówię tu o ubezpieczeniach czy innych pierdołach. Jest szansa na to, że się ułoży.

Wczoraj miałam też chwile na rozmowę z mamą. Powiedziałam jej o szkole i o tym co mi przeszkadza, dlatego jest mi przykro. Zrozumiałam i myślę, że tak jak ona jak blisko mamy do siebie, i że zawsze możemy się odwiedzić bez względu na porę dnia. Wspiera mnie, widzę i czuje. Bardzo mi brakowało takiego kontaktu bo mój tata tak jak trzy tygodnie temu zaproponował spotkanie tak się nie odbyło do dziś. Strasznie mnie to irytuje, że można mieć własne dziecko tak mocno w dupie. Tu niestety już chyba nic się nie zmieni. Cóż...

Rozmowa zbiegła na temat diety i powszechnego dbania o siebie. Ten temat od zawsze był w rodzinnym domu na porządku dziennym. Ale z racji tego, że zawsze byłam szczupła nigdy nie zwracałam na to uwagi. Teraz kiedy ważę i wyglądam nie tak jak powinnam to UWAGA! Zawalczę o zdrowszą siebie o piękną "ja". I właśnie mama mi w tym pomoże. Zaproponowała wspólne ćwiczenia, zasugerowała co jeść. I uświadomiła mi przede wszystkim, że czas zleci nim się obejrzę i pokocham swoje ciało tak mocno, że już nie doprowadzę się do tak złego stanu. Po zgubieniu ok. 10 kg chce zacząć biegać. Teraz niestety nie mogę - zbyt bardzo mogłabym obciążyć stawy, ale będę biegać. Jestem tego pewna. Do końca roku chce ćwiczyć z Ewą i Mel B. Tym razem wygram tą walkę bo nie będę sama i za rok, stanę obok niej dziękując jej za to, że to ona mi pomogła i to dzięki niej jestem tu gdzie jestem. Do wakacji chce schudnąć te 15-20 kg. Uda mi się, bo tendencję  do tycia mam zarówno jak i do chudnięcia. Więc silnej woli pod dostatkiem i motywacja też jest ogromna. Szukam także dziewczyn które jak ja mają coś do zrzucenia i chcą ćwiczyć chociażby przez Skype'a. Zobaczycie, że brak silnej woli to jedyny czynnik który może przeszkodzić w dążeniu do naszego celu! Tak więc głowa do góry!

W wakacje chcę usunąć laserowo rozstępy z bioder i popracować nad cellulitem który zgromadził się w potwornych ilościach w okolicy pośladków i ud. Masakra!! Nigdy więcej.

Czas się obudzić. Nowe rzęsy czy torebka od Chanel nie uczynią mojego ciała lepszym. Ale za jakiś czas sukienka od Jemioła może leżeć tak jak zawsze sobie marzyłam.

 

Do niedługo!

Śledźcie także nasz fanpage na Facebook. Warto, zapowiada się konkurs .

ONA

poniedziałek, 18 lipca 2016

Z pamiętnika NARZECZONEJ..


Temat: Forma w lecie czy w zimie?

Odwieczne problemy tysięcy, ba! Milionów kobiet! Temat wagi i nienagannej sylwetki jest tematem wszechczasów odkąd sięgnę pamięcią. Tylko czy zdajemy sobie sprawę z tego, że nie robimy tego dla siebie? Podążamy ślepo za trendami. Oglądamy setki kanałów social media osób wysportowanych, fit. Od razu każdy mówi: OD JUTRA/OD PONIEDZIAŁKU/OD NOWEGO MIESIĄCA zacznę być i żyć fit. Czy to tędy droga? Nie wydaje mi się. Pozwólcie, że odkryje kolejną historię..

 

Moi rodzice rozstali się kiedy miałam 6 lat. Stety, niestety zamieszkałam z mamą i jej nowym mężem. Bardzo go polubiłam i był takim tatą jakiego zawsze chciałam mieć (nie mówię tu o tym, że tego co mam jest zły) ale to był mężczyzna książkowy: biznesmen, własna firma, mieszkanie, samochód. Mógł i zapewniał nam to czego nigdy nie miałyśmy. Do czego zmierzam. Otóż temat WAGI I WYGLĄDU był w naszej rodzinie tematem codziennym. Słodycze w weekend - bo zdrowo. Sporadycznie śmieciowe żarcie. Kiedy zaczełam dorastać potrzeba cukru we krwi młodej nastolatki była porównywalna do tonącej gąbki w wannie. Pochłaniałam naprawdę olbrzymie ilości. Wstając do szkoły nigdy nie miałam czasu na śniadanie a dzień leciał tak szybko, że porządnym posiłkiem był obiad. Kiedy zaczełam chodzić do liceum. No niestety. Dojazdy i poranne wstawanie weszło w krew. Codziennie wstawałam o 6 lub 5:40 żeby zdążyć na pierwszy autobus do miasta, stamtąd czekała na mnie jeszcze droga tramwajem. Życie w ciągłym biegu i stres towarzyszący a to w szkole a to w domu. W domu nigdy nie wiedziałam co mnie czeka-nie ukrywam, że w szkole nigdy nie byłam orłem (może dlatego mój brat jest noszony na rękach?) a nauczyciele już wstawiali oceny na internetowej platformie. Tak więc rodzice wiedzieli o niedostatecznych szybiej niż ja. Mimo dobrych ocen (tak, zdarzały się hahaha) atmosfera w domu nie była lepsza, nie zmieniała się tak samo jak żywienie. Niestety moja mama od dziecka była na diecie i walczyła o nienaganną figurę. Nigdy nie krytykowałam jej za to co robiła, wręcz przeciwnie, podziwiałam. Siłą rzeczy nawyki żywieniowe udzieliały się nie tylko jej ale wszystkim mieszkańcom tego domu. Jedno zdanie potrafiło osiąść na psychice i powtarzać się tak jakby ktoś naciskał "REPLAY" w mojej głowie: "Przytyłaś, przybyło Ci tu i tu". Mroziło mnie po tym do tego stopnia, że potrafiłam kolejne dni nie jeść nic albo płakać i jeść tone słodyczy. Teraz kiedy oglądam zdjęcia siebie z czasów mieszkania z mamą to mam mieszane uczucia. Co prawda, zawsze mieszkając z nią byłam sczupła. I nigdy nie zwracałam uwagi na zdrowe żywienie. Po prostu na pewne rzeczy nie miałam czasu. Ale czy jadłam jakoś szczególnie zle? Nie. Zdrowo? Nie do końca. Ale pilnowanie tego ile jem było.

Kiedy wyprowadziłam się z domu (nie było to niczym przyjemnym) swoje smutki i zale połykałam z każdym kęsem twistera z kfc. Nim się obejrzałam moja dupa nie mieściła się w drzwiach. Prawda. Nie przeszadzało to ani mi jemu. I nagle z 50 kg zrobiło się 74. Nie wstydzę się o tym mówić. Tak tyle przytyłam. To najbardziej niezdrowe kilogramy jakie w życiu przytyłam. Wmawiałam sobie i wmawiam do dzisiaj, że w sumie może być gorzej. Ale czy ja tego chce? Nie. Teraz kiedy myśle nad tokiem rozumowania to ludzka podświadomość mówi: JAK ZJESZ TEGO JEDNEGO BATONA/TWISTERA/HAMBURGERA nie przytyjesz. Ale kurwa! Nie schudniesz. Bardzo ciężko podnieść się z takiej nazwijmy to otwarcie - depresji.

Coś co było tyle czasu zakazane - a teraz jest na wyciągnięcie ręki smakuje lepiej. To jest pewne.

Jak zaczełam tyć to nie było jak prosiłam - w cycki. Tylko biodra. To jest moja zmora. Z tym chce walczyć. Ale ile razy upadam ciągle ktoś mnie kopie. Zaczynam się odchudzać/ćwiczyć to:

- dostaje wiadomość od kogoś z RODZINY: "Przytyłaś, co zamierzasz z tym zrobić? "

- tracę pracę z niewiadomych powodów - a przecież tak się starałam

- kłóce się z rodziną dość mocno i jak się pozniej okazuje na dość długo

- rozwalam samochód (w dodatku nie swój) miesiąc po odebranym prawku

- co z tego, że mam pracę jak nie zarabiam tyle ile w zeszłym miesiącu, i nie mogę uzbierać na to co bym chciała?

- w związku coś nie idzie...

- wychodzi 51676 opłat które trzeba zrobić a kasa hmm, nie przybywa?

I kiedy po wyczerpującym dniu wracam do domu, zastanawiam się co jest ze mną kurwa nie tak, że nic mi nie wychodzi dochodzę do wniosku:

Mam dwie nogi i dwie ręcę. Nic nie osiągam, ale czy robie coś zeby to zrobić? Ile siedzi we mnie nienawiści za to co ktoś mi zrobił, i dlaczego tak często o tym myśle? Wydaje mi się, że to na tym polega problem. Zamiast odciąć się od rzeczy które nie są latwe i łatwiejsze nie będą jeśli będe o tym myśleć. Czasu nie cofnę i nie wyrzuce twistera, nie odpisze na sms "tak przytyłam i chuj Ci do tego" Moje życie, moja waga - moja sprawa.

Ja tak jak Ty co to teraz czytasz jestem zwykłym człowiekiem który codziennie zmaga się z problemami. Stoję w korku tak jak Ty, pije i jem kawe tak jak Ty. Ale czy to znaczy, ze nie możemy walczyć? Warto jest też sobie odpowiedzieć po co chcesz walczyć. Czy dla mody? Dla trendu? On i tak się kiedyś skończy, a może chcesz to zrobić bo ktoś powiedział Ci coś przykrego? Zrób to dla siebie tak jak ja.

Brak czasu to żadna wymówka, brak kasy na karnet na siłke też. Wystarczy dobra wola. Jak myślisz ile byś była/był w stanie zrobić gdybyś nie przeczytał tego posta? Nie obejrzał fimu do tego? Dużo. O wiele dużo.

Kiedy wstałam wczoraj i dzisiaj i przez ostatnich kilka dni i nie chce mi się iść pobiegać i zrobić coś dla siebie to myśle sobie: Kto by chciał żebym nie wstała? Kto by mnie dobił do ziemi, żebym się nie podniosła? Bardzo dużo ludzi jest w moim życiu i w Twoim też, wiem to dobrze zarówno ja i Ty.

Nie jesteśmy robotami który wstanie pozapierdala w pracy za 10, powyzywa Panią w sklepie bo zamiast mąki dała cukier. Badzmy ludzmi. Miej na uwadze tych którzy zle Ci życzą, i pamiętaj, że robisz to dla siebie. A to oni za jakiś czas zamiast napisać "co zamierzasz z tym zrobić?" napiszą "pomóż mi to zrobić". Są ludzie którzy Cie ranią i wykorzystują? Witaj w klubie. Ale czemu to robią? Bo im pozwalamy. Teraz taka prośba, do Ciebie ode mnie... ;)

Zamknij oczy. Wyobraż sobie siebie za pare lat. Jesteś aniołem, to, że podcina nam ktoś skrzydła też dzieje się po coś. Po to, że kiedy je skleisz, i będziesz chciała unieść się wyżej będziesz silniejsza. Mądrzejsza.

Zamknij komputer popatrz w lustro. Jest ciężko? Było. Teraz to od Ciebie zależy co będzie dalej. Ale udownijmy sobie nawzajem, że warto dla nas i całego świata. Ściskam Cię.

-ONA